tykwa blog staruszki z lasu

    z przodu muzeum z tyłu muzeum

    Przywykłam, że nie ma w kraju na ogół przyjemnego ciepła na stałe, tylko pojawiają się fale, które natychmiast trzeba wykorzystać. Niepokoi mnie zima, z jednej strony tak zawsze lubiłam, nie dojeżdżam do pracy autem, ani komunikacją, ale przeszkadza mi smog, który pojawia się natychmiast wraz z ujemnymi temperaturami. Staram się nastroić pozytywnie, przypomnieć niesamowite zimowe zachody słońca i fakt, że mam sporą kolekcje okryć wierzchnich. No i siłownia pozostaje zawsze , jak na dworze nie dość miło by biegać, czy się przechadzać.

    Myślałyśmy z koleżanką nad podjęciem pewnej działalności, celem dorobienia do pensji, i wszystko nawet ok. lubię robić takie rzeczy, ale wyrywa się z mnie pytanie, kiedy? Kiedy mam robić cos dodatkowo, skoro wczoraj pierwszy raz od miesiąca usiadłam do gitary. Czy, żeby to robić mam zrezygnować z siłowni, biegania, wyjazdów w góry oraz nic nie robienia, którego potrzebuje żeby odpocząć? Czyli pojawia się odwieczne pytanie być czy mieć.

     

    Mieć np. dom na wyspie Skiathos, bo podobała mi się jedna miejscówka. Czy sprzyjający ciepły klimat, może się znudzić?

     

    Jestem jednym wielkim nie wiem.

     

    A poza tym jestem poetką.

    codzienność

    Brak komentarzy

    Poniedziałek nastał nieodwołalnie. Zimno, nie ma słońca, a na melancholię nie mam nastroju;). Wykorzystaliśmy do cna każdy dzień dwutygodniowego urlopu i jak na nas, byliśmy wyjątkowo mało kłócący się. Może dlatego, że ani podróż ani pobyt na Skiathos nie generował napięć, do hotelu z lotniska doszliśmy na piechotę, pokoik okazał się mały, ale wyjątkowo funkcjonalny, a sama wyspa w sposób nie nadęty śliczna, pełna słońca i zieleni. Spędzaliśmy czas na łajzach, zachwycaliśmy się plażą, ja się zdecydowanie więcej uziemiałam, zrobiliśmy sobie trekking przez oliwne gaje, na szlaku nie spotkawszy nikogo, popłynęliśmy na rejs, nieco przydługi, ale odkrył przed nami inne urocze zakątki. Z upodobaniem przyglądaliśmy się startującym i lądującym samolotom, które wyglądały jakby miały utopić się w wodach portu.  Wszystko to popite jedynym tanim produktem dostępnym w sklepach na wyspie, czyli czerwonym winem. Po tym wszystkim moim marzeniem jest dom,  mały biały domek a nawet na południu, w stronę słońca. W Polsce jeszcze ciepły tydzień, więc mogliśmy pojechać w góry i do lasu, zrobić porządki wdychając zasmucający zapach jesieni. I nastał ten właśnie poniedziałek, o 4 rano obudził mnie komar jak zły omen.

    ciagle lato

    Brak komentarzy

    Nie planowałam, tak jak wyszło, ale tak wyszło, że po siłowni, gdzie dałam z siebie wszystko, obiedzie w postaci makaronu ryzowego w Wok express. Zrobiłam też listę czynności jakie są niezbędne w domu, żebym miała uczucie, ze nie żyję w brudzie, oraz strzeliłam pranie bo upolowałam parę fajnych ciuchów za 24 pln. Jeszcze rzutem na taśmę przykleiłam taśmę futrzana na krawędzi przesuwnych drzwi do szafy.  (oczywiście, że kropelką i okleiłam opuszki wielu palców przy okazji) i do samochodu.

    Pojechałam do mamy do lasu na wino U mamy cisza, no chyba, że jeż przyjdzie na posiłek, o  21.30 byłam w łóżku „Furia mac” nie skończona od zeszłego tygodnia jeszcze ze 20 minut przypominała mi siebie sprzed lat dziesięciu. I Spać. Rano woda i i rytuały tybetańskie na trawie. Po śniadaniu pojechałyśmy na rowerach na zakupy i było tak cudownie wakacyjnie tu las tam wiocha a dalej miasteczko w pełnym słońcu. Po powrocie utarłam ziemniaki na placki, oraz w pełnym słońcu w bikini porządkowałam taras w pobliży mamy domku, układałam szyszki rzędami, jak, kiedy byłam dzieckiem,  kamyczki nad rzeką cudownie. Tylko głowa mnie rozbolała. Raz do roku mi się zdarza, wieczorem zjedliśmy z M. kolacje z winem już w domu, poszliśmy na zakupy i nieopanowanie zjedliśmy lody, po które stoi się w kolejkach. Słony karmel był dobrym wyborem. Noc ciepła, lubię zapach nagrzanego miasta. Ale niedzielny poranek trudny bo wino, lody i ibuprom, dały cos na kształt kaca. A tu jedziemy do Żabnicy, bo raz do roku dobrze jest wejść na Rysiankę. Po blisko półtorej godzinie za kierownicą w nagrzanej puszce samochodu, wysiadłam w zieleni, spodenki miałam mokre. Idę, nie tak szybko jak zwykle, im bardziej pod górę tym szybciej, nie rozumiem tego ale, jak zwykle, M. narzeka, że musi mnie gonić, sporo ludzi dopiero w pobliżu szczytu. Mamy z M. różne zdanie na temat szczawiu który tam rośnie, mnie się nie podoba, bo lubię trawę. Wszędzie góry, gdzie  nie spojrzeć gdzie nie odkręcić głowy, warto było jechać. Umordowało mnie to, jak już dawno nie. Jeszcze „Bigger splash” którego akcja toczy się na południu, gdzie się niebawem wybieramy, choć jeszcze nie znamy dokładnej destynacji. Tilda jest boska of kors, ale Ralph Finnes, w roli gadatliwego wesołka, to duża rzecz.

    M wymyślił wczoraj, że jakby się nam trafił lot do Hiszpanii, moglibyśmy skoczyć do Granady i pochodzić po Sierra Nevada. Ale lenistwo na Rodos, tez może być.

     

    Przyszła moja tępa koleżanka z urlopu i nie zauważyła pięknego czerwonego rozwijającego się kwiatu na gałęzi chińskiej róży, i upierdoliła go oknem, co nie udało mi się przez 2 tygodnie. Po tym jak poprzednio obcięła mi nowe pędy na choji, bo myślała, ze są suche, chcę ja udusić, chcę patrzeć jak wychodzą jej z orbit oczy, a potem sinieje język. Kiedyż wreszcie ta emerytura.

     

    A w ten tydzień planuję wykonać zadania z listy, bo lubię wchodzić w urlop w czystym domu, takie mam zboczenie.

    W piątek miały być burze, pojechałam do mamy wieczorem, choć przez chwile walczyłam ze sobą, mam takie wygodne łózko własne. Siedziałyśmy pijąc porto, niby nie aż tak dużo, ale na koniec mama dostała czkawki i była mocno rozeźlona. Ona w ogóle łatwo się złości, niecierpliwi denerwuje, czuję się przy niej jak Budda. Faktem jest, że wspomniałam o ponownej zamianie aut celem udania się w jakiś ciepły i słoneczny rejon, np. do Chorwacji, a najwyraźniej 20 letnia Honda nie jest szczytem jej marzeń. W sobotę wybrałyśmy się na spacer, mamie było chłodno w plecy, trasa była za długa no fakt, że nie było nas 2 godziny. Zgubiłam drogę na moją ulubioną łąkę, ale nazbierałam nawłoci – bardzo bujna tego roku, w ogóle to bujne roślinnością jest lato, niewiele wrotyczu, nie wiem czy to jeszcze nie sezon (?), skrzypu i dziurawca. Przed domkiem już owoce czarnego bzu zaczęły się czernic, ale, czy mama zdąży przed ptakami którym bardzo smakują to się okaże.

    Kupiłam słoik jagód ale nie były zbyt pyszne, za to mama zrobiła jajecznicę z grzybami na śniadanie, a do koktajlu dodałam sporą garść mniszka, faktem jest, że był przez to gorzkawy. Wiele osób nie dałoby rady. Ja bez problemu wypijam piołun. Przekroczyłam pewna granice związaną z chili i teraz musiałabym jeść samą paprykę, żeby poczuć haj, chyba czas na odstawienie pikantnego na jakiś czas.

     

    Postanowiłam przytyć, wystarczyło zwiększyć podaż kalorii, jestem silna jak koń, siłownia i większa podaż zrobiły swoje. Czasem nie mogę uwierzyć, że generuję taką energię. Postanowiłam ćwiczyć rytuały tybetańskie, ciekawe co wtedy będzie.

     

    Wczoraj po treningu i śniadaniu pojechaliśmy na zakupy do fasion house. Zaopatrzyłam się w jeansowa kurteczkę, M. dobrze  doradza. Potem zrobiliśmy zakupy, w lidlu a potem znowu pojechaliśmy do fashion house na wskutek pozostawienia tam karty płatniczej, radości było co nie miara, bo lało stosownie, żeby nie było za szybko. No ale obiad z moim ulubionym chilijskim cabernetem, wyczekany, dał nam naprawdę dobry nastrój. Nawet obejrzałam 2 odcinki serialu Życie na gorąco, bo ileż można oglądać 07 zgłoś się. Ale pod koniec 3 już udałam się w objęcia morfeusza. Śniłam sny pełne nowych osób, przechadzek po krawędzi, i wzburzonego oceanu. Szłam za ręke z wysportowanym surferem niemłodym i żylastym, za to silnym i szalonym.

     

    Ostatnio w półśnie zobaczyłam twarz z gadzim okiem na czole które wyglądało jakby otwierało się po śnie. Jestem coraz inną sobą. Czytam książkę, która tak podobała się mamie pod wiele mówiącym tytułem „furia mać” ja to wszystko wiem rozumiem, to jest szczere to jest ok, jestem jednak teraz w innym punkcie, mam to za sobą. Nie trzęsie mną ten wkurw, nawet jak się wściekam na M. to i tak wiem, ze będzie dobrze, tak jak chcę. Nie rozkręcam żadnych negatywnych emocji, nie rozdrapuję ran, nie roztrząsam, jest co jest. Jestem kim jestem, a te wszystkie niesłychane sprawy i tak pochłonie niebyt wraz z moją śmiercią, do której dojść może w każdej chwili. Przecież jazda w ulewie kiedy dwa pasy równo jada powyżej 90 km/h, to ocieranie się o nią.

     

    Nie żebym się nie bała, nocleg w Rumunii na parkingu pod przydrożną knajpą wywoływał niepokój bo to nieznany kraj, w knajpie tylko mężczyźni, ale spałam. Mamy taką ambicję, żeby opisać nasza podróż Instagramem ale dopiero 2 zdjęcia umieszczone, widać ambicja nie wystarcza.

    To tak.

     

    Mam karnet na siłownie. Marze o tym, żeby się umieć podciągnąć na drążku tak jak nie potrafię.

    Ważę 50 kilo i nie wiem kiedy to się stało, że jest 2 kilo mniej, może jestem ciężko chora np. albo za dużo pracowałam i za mało jadłam. Na dwoje babka. Spotkałam ciotkę, ciotka a jaka ty chuda, a czy ja jej mówiłam, a ty jaka gruba?

    Nadeszło to lato, tylko dużo pada i nie wiem jak się do tego ustosunkować, za to mam karnet na siłownię w razie czego.

     

    Mama już jest w lesie z kotami, zrobiłam jej śliczna sypialnię, buduar w domku przy pomocy błękitnych zasłon i  tapicerskich pinesek, oraz inne przemeblowania też nastąpiły. Była robota.

     

    Moja szefowa, była,  wzięła i poszła na emeryturę, po spędzeniu w jej towarzystwie kilku godzin czułam pragnienie wspierania i ogólną mordęgę. Co zapewne jest niczym w porównaniu z tym co czuje ona sama ze sobą. Dwa typy neurotyczne w cudnym dopełnieniu.

     

    Usunęłam pół szóstki, drugie pół jest zalepione i da się używać do gryzienia. Dentysta powiedział mi dziś, że jestem osobą  młodą. Nie myślę tak o sobie, lecz jak się jest po 70 to mój wiek jest młodym najwyraźniej. Na chwilę mi zaburzył myślenie bo jestem stara i mi z tym dobrze, chyba, że mi dobrze gdyż jestem młoda.

     

    E. podpuściła mnie do kupienia w zagrosiku sukienki bombki na ramiączkach, takiej dziewczynkowatej, ale w sumie fajna. A tu deszcz, zamiast upału który by jej założenie uzasadniał.

     

    W ogóle mam 6 sukienek letnich i potrzebuje lata w tej sprawie, bez deszczu.

     

    I to tyle.

     

     

     

     

    Jestem słaba i przytłoczona. W tym wszystkim przesadziłam kwiatki, bo jakoś nie wiem, bez przyjemności, ale do przodu. Czytam wywiad ze Stasiukiem i godzę się z tym, że razem mi z nim po drodze, raz nie, ale wszystkie te razy są tak ładnie ubrane przez niego w słowa.  Nie wypoczęłam w wolne dni, nie miałam czasu na bycie tylko z sobą i kontemplację. Jestem absolutnie introwertyczna, co jest dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo kawał życia dobrze się odnajdowałam w „tłumie”. Teraz już wiem, że muszę dawkować różne rzeczy i tam gdzie jedni ludzie czują się wspaniale, ja szybko ulegam przestymulowaniu. Nie mniej wyszłam w sobotę z domu wieczorem i byłam na piwie, może nawet ze 3 godziny.

     

    Mierzi mnie powtarzalność czynności zawodowych, mierzi praca dodatkowa co już już prawie wykonana. Jedynie wizja, że będzie lato wywołuje radość, domek matki w lesie.

    Moje wakacje są zakończone. Mam jeszcze trochę planów, ale nie są spektakularne, z drugiej strony nie wiadomo co może wyniknąć z krótkiej wyprawy z El w nieznane.  Zasmucił mnie fakt, że lato ma tylko 12 weekendów,  nastawiam się na spędzanie piątków z mamą w lesie, celem porannej kawy na łonie w sobotę, i kiedy już to sobie wymyśliłam, że tak będę robić, okazało się że latem mogę tylko 12 razy.

    Kreta z M. i mamą, była wydarzeniem bezprecedensowym, starałam się nie mieć oczekiwań i udało się.  To wspaniałe miejsce, ale podróżowanie samodzielne wiąże się ze stresem, który pogłębiła obecność matki, ale nie tylko.  Pojawienie się trzeciej osoby, miedzy dwoma bulterierami, stres , powoduje kłótnie małżeńskie na dużą skalę, miało działanie łagodzące.  Wspólne posiłki  były weselsze i milsze niż we dwójkę. Gdzieś w połowie poczułam, że jestem jedyną w pełni dorosłą osobą w grupie, niczym mnie to nie napawało, jedynie stwierdziłam fakt. Już od jakiegoś czasu wiem, że poradzę sobie zawsze i wszędzie, jak nie zmianą to dostosowaniem i nie ma dla mnie sytuacji w której nie znajdę przestrzeni dla własnego komfortu. Kiedy miałam 9 lat spędziłam pół roku w santorium dla dzieci chorych na gruźlicę. Wielkie sale z metalowymi łóżkami, metalowe szafki, jak w szpitalach. A jednak ładnie ułożony koc w kratę, zapełnienie szufladki wg własnego systemu, dawało mi poczucie, że jestem oto bezpieczna w swoim malutkim światku. I choć wcześniej mdlałam przy pobieraniu krwi, to potrafiłam się na to uodpornić, choć nie było mamy.

     

    Nie jestem świetnym kierowcą a jednak bez problemu wdrożyłam się w prowadzenie auta w innym kraju, trafiałam do hotelu mimo krzyków i problemów z nawigacją, choć prawdziwie przeżywam piękno przyrody dopiero teraz w sobie, oglądając zdjęcia, odtwarzając zapachy w wewnętrznym filmie.

     

    Jestem szczęśliwym człowiekiem.

    Dreptałam dzisiaj za grupką licealistów. Podobali mi się, ten dopieszczony luz, rozmawiali o piciu alkoholu, wyśmiewając trzeźwość, zadając pytania retoryczne, czy nie można się dobrze bawić przy koli i mentosie np.  Też taka byłam. Jednak mój plecak, który dźwigałam podsłuchując rozmowę, wypełniało dziś  5 kg bananów , bakłażan i kilo eko marchwi. Ciekawe czy i kiedyś oni się zmienią, ja szybka nie byłam, ale zakładam, że inni ludzie dojrzewają w lepszym tempie zostawiając rokendrol gościom jak Lemmy, który niestety  się zawinął.

     

    I w powietrzu niedawno była taka nuta, że aż chciałam znaleźć się z Al. w gastromatiku, pijąc piwo na kaca, do wieczora i rozmawiając poza słowami, co chyba z nikim w innym mi się nie zdarzyło i wcale nie wymagało alkoholu, czasem, ale z nim jakoś było intensywniejsze.  Jakby połączenie od podświadomości do podświadomości z pominięciem świadomości. Tak chyba spotykają się ludzkie dusze. Jestem szczęściarą, tyle mnie spotkało i to ciągle we mnie jest.

     

    Abstrahując od bogactwa duchowego, przez ostatnie dni nieustannie nie byłam wyblakło blondynko au naturel. Wyczerpałam chyba całoroczny limit, tylko dlatego, że napisałam o tym.  Da się mimo, że ten tusz tak trudno się zmywa. Myślę, że daleko mi do uczucia, ze bez tuszu na rzęsach jestem naga. Ale duma tez jest.

     

    Z pełnym plecakiem byłam tez dzisiaj w sklepie z używanym i zakupiłam bluzkę z napisem every thing will be amazing. Nie mogłam się powstrzymać.

     

    Nie wiem co mnie niesie, jakoś chyba jestem w okresie przeobrażenia, w sumie to jak zwykle…

    Za mną cudowny tydzień, głównie w domu. Taki urlop. Góry nie zachęcały, bo jak padał to raczej deszcz. Spałam po 10 godzin, byliśmy parę razy na leśnych włóczęgach, za każdym razem wydawało się, że jest inna pora roku. Pierwsza to późna wiosna, z gorącym słońcem, następnie późna jesień i deszcz,  ostatni przemarsz był jakby nieco zimowy. Las ma to do siebie, że w każdym przebraniu jest piękny i spędzenie w nim paru godzin,  totalnie odprężające. M.  trochę się nudził, marudził, żałował, bo taki urlop bez konkretnych zadań to nie to. Dla mnie – strzał w dziesiątkę!  Nie potrzebuję nieustannych wyzwań. Mierzę się wystarczająco ze sobą, uczę się nowych rzeczy, upadam na duchu, bo czy to ma sens. Próbuję iść między ludzi, ale najlepiej mi się samej ze sobą, albo z M. Czuję się jak dziwadło, że coś ze mną nie tak, nie jest zdrowym objawem wycofywanie się z kontaktów, potem z kimś rozmawiam, jest wspaniale, porozumienie nowe wątki, trwaj chwilo! Po czym z łatwością wracam do środka siebie i nie wychylam głowy. Albo nie mam czasu, bo mam rozmaite plany na spędzenie popołudnia. Rzadko myślę słowem pisanym, czasem jak nie mogę zasnąć piszę notki w głowie, które nigdy nie przelewają się na udawany papier w wordzie. Kiedyś, kiedy byłam tak powichrowana i czekałam na cud, miałam ciągłe pragnienie opisywania, chciałam, żeby mnie głaskano, w tych latach nie byłam w stanie „nie zgodzić się” z kimś, a każda krytyka była dla mnie końcem świata. Wydawałoby się, że teraz to właśnie mogę nieustannie, świeża jak poranek wchodzić w relacje, których wtedy tak potrzebowałam, maili, smsów, telefonów, spotkań, żeby wiedzieć, że jestem ważna dla innych, więc kiedy stałam się dla siebie ważna, to zaczęłam sobie wystarczać niepokojąco.  Co więcej nie potrafię odtworzyć siebie która tego chciała. Wspominałam ostatnio pewien płaszczyk, kupiłyśmy sobie z K. takie cudo czarne z bawełny do kostek, musiałyśmy pojechać po ten ciuch do Krakowa. Ale jaka ja byłam w tym boska, jak pięknie wyglądałam, jak luksusowo i  wytwornie z nutką artystowską,  tak jakby nagle wszystkie moje upodobania estetyczne zbiegły się w tym płaszczyku ,nie potrafię złapać tej emocji, mogę ją opisać, ale nie poczuć.  Pamiętam tez, że skończył płaszczyk jako smętna szmata. No więc potrafię to odtworzyć, lecz z dystansu, beznamiętnie jakbym nie ja w nim była. Jakby to jakaś ona.

    Ale namawiam się. Nie wkładaj ciągle tych samych dżinsów, pomaluj rzęsy, wyjdź do innych, nawet jak ci się nie chce.  PICT6225

    się zacina

    Brak komentarzy

    Zdecydowałam, że to nie będzie tak, że jak nie biegam to  poza marszem nic nie robię.  Dzisiaj padło na tabatę.  Nienudne, już mam zakwasy, a to tylko 12 minut ćwiczeń. Po tabacie poćwiczyłam jeszcze brzuch bo uznałam, ze tu jestem najsłabsza. Na razie wydaje mi się, że już nigdy nie podejmę tego wysiłku. Na razie.

    W styczniu nie jest mi łatwo żyć. Częściej jestem smutna, dopadają mnie stany rezygnacji, poczucia beznadziei i inne takie. Nie ma sensu na siłę tego odrzucać. Jest jednak obawa, że jak się za mocno temu poddam to zrobi się już depresyjnie. Niby depresja też dla ludzi, ale tak długo się człowiek z niej wygrzebuje, nie mam na to siły.

     

    Zauważyłam, że żyję w interwałach. Jestem w jakiejś sytuacji, np. robię zakupy, ale kiedy potem biegam, gotuję, albo czytam to mam wrażenie, że to jakaś inna ja robiła zakupy. Trochę tak jakby jakiś konkretny stan emocjonalny, był jak upicie się. Nie wiem czy tak było zawsze i tego nie rejestrowałam, czy tak jest teraz. Nie ma ciągłości.

     

    Zrobiłam kotlety z mrożonego groszku. Lubię jedzenie w ładnych kolorach.

    pętla

    1 komentarz

    Byliśmy na gwiezdnych wojnach. Trochę się obawiałam bo bolą mnie oczy, ale okazało się, że kino i odprężenie jakie daje, oczom bardzo służy.  Film był tak przyjemny, że strawiłam jakoś dwie panie, które natychmiast kiedy pojawiał się na ekranie mini r2d2 zaczynały gaworzyć, miały tez szalone poczucie humoru, już od pierwszego „o kurwa” które wydobył z siebie,  znany aktor, podczas reklamy filmu, się zarykiwały.  Nie uśmiałam się, ale zawsze na mnie to działa i chyba już się nie zmienię, że cieszy mnie, że aby mieć moc, wystarczy mieć czyste serce.

    Otrzymałam dzisiaj propozycję, aby pracować w dziale z którego zostałam usunięta,  lat temu ze 6. I aż z przyjemnością myślę sobie, że był to punkt zwrotny. Pamiętam, że przyjęłam to z ulgą, bo jakkolwiek, jako osoba permanentnie skacowana bywałam kłopotliwa, to zasadniczo wywiązywałam się z obowiązków bez mrugnięcia okiem, natomiast stałam się chłopcem do bicia, czyli złe to ja. No więc wydalono mnie, co było oczywiste, przecież byłam nikim. Zmieniłam dział na otwarty, więc już nie siedziałam cały dzień przy biurku, otaczały mnie inne osoby, zdecydowanie milsze, miałam jeszcze dwie obsuwy, ale nagle okazało się, że mogę tym zaszkodzić innym, a zależało mi na dobrych relacjach. Pojechałam nawet do szpitala odwykowego, dostałam parę numerów telefonów do grup AA, z których nigdy nie skorzystałam. Byłam wtedy pogrążona w smutku i beznadziei z czego nie zdawałam sobie sprawy, nie pijąca wydawałam się sobie jeszcze bardziej beznadziejna i nudna. Ale zaczęłam biegać. To daje poczucie siły, czasem nawet piję alkohol, ale mam tyle spraw w których jego picie przeszkadza w tym, zdrowotnie nie służy, że odpuszczam najczęściej. Jak mam gorszy dzień patrzę na wyniki analizy składu ciała. W 2010 waga 59,1 kg, czysta masa 44,9 w 2015 roku w czerwcu  waga 51,6 czysta masa 45,5. I jestem z siebie dumna.

    sobota

    1 komentarz

    Pewnie są lepsze sposoby na spędzenie styczniowego sobotniego poranka, ale coś mnie jednak wyniosło z domu na przebieżkę po śniegu, nie żebym się czuła fantastycznie, wprost przeciwnie, jakieś lekkie przymulenie. Cieszę się, że jest we mnie ten szczęśliwy pies, który uważa, że warto rano z domu wyjść. Jest w tych warunkach powolna, no i to bieganie na śródstopie, ale zamierzam biegać do końca życia więc lepiej nie przesadzać z obciążeniem kręgosłupa.

     

    Naczytałam się wczoraj na temat sposobów poprawy wzroku, część działań wprowadzę w życie, najbardziej przekonują mnie tezy o rozluźnianiu mięśni. Nie paczę żadnych tekstów w telefonie, już drugi dzień. Jest wprawa w wychodzeniu z uzależnień. Mam wrażenie, że usprawniłam proces zmiany pościeli, a wydawałoby się, że już ten cotygodniowy obowiązek wykonywałam w niezbędnym minimum czasu. Wydawało się, jak wszystko.

     

    Wieszam zaraz drugie pranie i jadę z mamą do lasu. Będzie pięknie bez wątpienia.

    rutyna

    Brak komentarzy

    Miałam naprawdę dużo czasu wolnego. W konsekwencji odczułam radość wracając do pracy. Kiedy nie mam możliwości treningów – mroźne dni + syf w powietrzu -nie skłaniały, staję się bardziej neurotyczna. Zapadam się w siebie jak ciężki zadek w stary fotel. M tez był częściej w domu, co mi na dłuższa metę nie służy. Zmiany w diecie, rutynie codziennego dnia, zimą potrafię spać do 10, wszystko to, wybicie z trajektorii robi we mnie zamieszanie, z jednej strony przydatne, bo uczące o sobie samej, z drugiej trudne.

    Dzisiaj rano, zrozumiałam co jest przyczyna mojego nagłego pogorszenia wzroku – mój ukochany telefon. Często nie chce mi się odpalić notebooka, czy usiąść do komputera, żeby coś  sprawdzić i wyczytuję te drobne maczki. M. twierdzi, że przesadzam i przyznaję mu rację.  Tak więc przechodzę na odwyk.

    Wczoraj M. wyjął albumik z naszej podróży do Włoch. Obliczyliśmy, ze minęły 24 lata. Z trudem rozpoznaję siebie i jego na tych zdjęciach. Najbardziej zaskakuje mnie jednak to, że teraz wyglądam lepiej, zestarzałam się, a jestem w swoim odbiorze ładniejsza, mam tez lepszą sylwetkę, wtedy nie widywałam swoich mięśni brzucha, a teraz i owszem, choć ważę parę kilo więcej. No i upał mi bardzo służy, a wtedy był nie do wytrzymania. No i teraz nie żyję  falując naprzemiennie przerażeniem i rozpaczą, to oczywiście jest najważniejsze i widać w oczach.

    .

    Brak komentarzy

    Wysiada z windy na wysokim piętrze. Wie, że w końcu mogą ją odnaleźć. Ma na sobie obcisłą aksamitną sukienkę, opina się na nieidealnej pupie. Na stopach okropne beżowe koturny, włosy kręcą się i mają dziwnie nienaturalny brązowy kolor. Przebranie.  Rozgląda się i widzi grupkę osób pod drzwiami. Staje z nimi a potem wchodzi  do niedużej sali konferencyjnej, żeby wziąć udział w szkoleniu, udaje jedną z nich i czuje się bezpieczna. Kiedy wykład się kończy, prowadząca spogląda na nią ostro, nic nie mówi, ale daje do zrozumienia, że nie powinna była w tym spotkaniu uczestniczyć, że wie, że jest obca. Na szczęście nic nie mówi i zostawia ją samą w oczekiwaniu na windę. Dociera nią do dużego nieumeblowanego apartamentu, gdzie czeka na nią ukochany brat. Ma na sobie elegancki garnitur. Oboje wiedzą, że nie ma już chwili czasu. Przytula ją ciepło ostatni raz, a potem dusi, zgodnie z planem. Ona to ja. Nie przypominam sobie wielu snów w których występowałam ja, która obserwuję, i ona, też ja.

    Dodźwigałam do domu książki i banany. Uff.

     

    Dzisiaj rano wpadłam na pomysł racjonalizatorski w sprawie organizacji mojej kuchni.  Nie mogłam czekać, rozkopałam wszystko i poszłam do pracy.  W pracy się akurat nie nudziłam i teraz nie wiem czy wystarczy mi energii, żeby wszystko się dobrze skończyło, zwłaszcza, że wizja może nie zgodzić się z rzeczywistością, jak podpowiada mi doświadczenie. Mama przygotowała większość dań, jutro polepimy uszki i zasiędniemy. Będzie fajnie.

    Wyściskałam tyle osób, nawet sprzątaczce nie przepuściłam, się nawinęła. Ściskam tez wirtualnie wszystkich krewnych i znajomych królika, jakby co.

     

    Zachód słońca był piękny znowu.  Wypiję wodę z zielonym i a nóż wszystko się uda. A jak się nie uda to tez się w sumie uda.

    Wczoraj odbyło się spotkanie, w ramach Klubu dyskusyjnego Psychoanaliza kultury. Miałyśmy długą przerwę, ale M.  znalazła wolny wieczór w swoim zajętym życiu. Ramą naszych rozmów był symbol krzyża.  Lubię zastanawiać się nad sprawami w ten sposób, te spotkania to oderwanie od „codziennych” myśli opierających się głównie na praktycznych sprawach.  Nie dało się nie zahaczyć o politykę, to co się dzieje zdumiewa i przeraża a krzyż jest tu silnie osadzony.  M. opowiedziała jak przy okazji jakiegoś spotkania, czy międzynarodowej konferencji, poczuła jak opuszcza ją wstyd. Ja tez nie odczuwam wstydu z czego zdałam sobie sprawę, kiedy o tym wspomniała. Kiedy po powrocie z wakacji usiadłam po raz pierwszy (i jak na razie ostatni, bo choroba, obowiązki) do gitary, natychmiast wypłynęły ze mnie słowa i melodie, jakby tylko czekały. Kiedyś nie miałoby to miejsca, natychmiast dałabym im odpór, że głupie.  To jest ten wstyd, ale on jakby nie był mój, nie z głębi mojej duszy, to jest wstyd przekazany mi, zasymilowany, wstyd który nosimy w rodzinach, ograniczający nas całymi latami, nie pozwalający byśmy się rozwijali. Wstyd blokujący nasze prawdziwe ja.

    Później jeszcze z El. konstatowałyśmy, to, że zostałyśmy wykorzystane. Nie dlatego, że dawałyśmy w związkach więcej, tylko dlatego, że to więcej na nas wymuszano, a my byłyśmy bezwolne wobec rozmaitych szantaży i manipulacji. Niby to wiedziałyśmy, przez cały czas, ale tam, głęboko nie miałyśmy tego przekonania.  Nie wyniosłyśmy z domu szacunku do siebie, oj nie. Pogarda była nam należna, wina nie do zmycia. Nie dość dobre, nie dość się starające, nie dość.

     

    Śniło mi się, ze zgubiłam listę kontaktów z telefonie, z niezrozumiałego powodu, każdy kontakt był olbrzymią płachtą kredowego papieru, które próbowałam upychać do telefonu jak do koperty. Ale okazało się, ze lepiej zrobić przesiew bo ich cała masa, to jakieś numery instytucji, które pojawiły się jako reklamy, a nie osoby. Nie umiałam ich uporządkować. I w tym nieuporządkowanym niespełnieniu obudziłam się rano.  A w planach mam porządki, bo niebawem będę miała mnóstwo wolnego, a lubię kiedy dom w którym będę się kokosić jest czysty.

    grudzień

    Brak komentarzy

    Wychodzę z domu, jest jeszcze ciemno dochodzę do głównej ulicy.  Po remoncie nareszcie pojawiły się na niej świetlne dekoracje, mijam śliczne stare BMW które tam parkuje,  przechodzę przez skwerek, schodzę w dół ulicą która stopniowo ożywa witrynami nowych sklepów. Powoli wszystko gaśnie, nie widać już gwiazdek które wyświetlają się na elewacji budynku na ranku.  Mijam auto z blokadą na kole. Stoi w tym miejscu od lata.  Ma niemiecką rejestrację.  Ciekawe, czy zniknie kiedyś, dochodzę do dużego placu przy którym stoi moja biblioteka.  Na niebie akurat nie rozgrywa się żaden spektakl, nie widać świtu, żadnego dramatyzmu, jedynie jednostajne szare chmury.  Jestem zgrzana, jeszcze łatwo się męczę. Po kilkunastu dniach spędzonych na słońcu w cieple, grudzień wydaje mi się taki nierzeczywisty.

    tak se ide

    Brak komentarzy

    I wychodzę z grypy,  byłam pod wrażeniem od wielu lat nie zaznałam solidnej gorączki, aż radość mnie ogarnęła, że moje imuniuniu tak potrafi zaszaleć. Załadowałam witaminę C, potem poprawiłam olejkiem z oregano i po 4 dniach jestem na etapie rekonwalescencji. Odpuszczam wiele działań, i dziwnie się z tym czuję. Planowałam albo wrócić do biegania w chłodzie, ostanie przebieżki wykonałam w temperaturze 35 stopni, albo kupić karnet do siłowni, wygodnie położonej między praca a domem. No ale nie teraz nie. I wcale nie chodziło mi o ten naddatek w kg, gdyż i z nim jestem ok. Zszedł jednakowoż, chorowanie to koszta energetyczne. Pozostaje mi rekreacja wewnątrzdomowa, zawsze znajdzie się jakiś zapyziały dawno ni odwiedzany kąt godzien energicznego przetarcia.

    Ostatnio w barze mlecznym natknęłam się na babcie o obrzmiałej twarzy z  wnuczkiem w wieku przedszkolnym, był obrażony i nie chciał usiąść przy stoliku. Zaraz zjem i pójdziemy do maka rzekła. Nieco udobruchany usiadł prezentując oblicze z jakąś wysypką, i obrzydzenie dla ryby w panierce na talerzu babci. A co chcesz tam jeść zagaiła, no i okazało się, ze chodziło o ciastko, nie była zadowolona. Jakby to była jakaś różnica.

     

    W kwestii zapachów chyba zdecydowanie upodobniłam się do psa. Na szczęście nie wydzielam psiej woni. Z każdą wizytą u fryzjerki jest jakby gorzej. Ostatnio zapomniałam, powiedzieć stażystce, żeby nie nakładała mi odżywki. Myłam włosy już 6 razy i ciągle czuję, że śmierdzą, choć to niby ładnyzapach. Co oni dodają do tych produktów! Cierpię i wyobrażam sobie cierpienia kąpanego w szamponie psa, którego zmysł powonienia jest jednak czulszy. Nie jest mi miło kiedy rano mijam rodziny z małymi dziećmi, pachnące a dla mnie śmierdzące płynem do płukania. Zanim zostałam wariatką, która do wszystkiego używa sody, odrzuciłam te płyny, bo swędziała mnie od nich skóra, potem dopiero zaczęły męczyć zapachy.
    Usiłuję postawić sobie stronę, taką mam ułańską fantazję, żeby wymienić bloga. 2 miesiące myślałam nad nazwą, zanim usiadłam do narzędzi. Opłaciłam domenę, zaczęłam się wczytywać w informacje o dysku w chmurze, wiem, ze warto użyć joomla. To tyle. Ale w końcu dojdę co i jak, do setki mi parę lat zostało.
    Ostatnio spędziłam wieczór z moja serdeczną koleżanką sąsiadką lat 79, na pogaduchach. Uwielbiam jej energię. Wypiłyśmy sporo Soplicy, uwędziła mnie swoimi fajkami palonymi niby to do okna, aż miałam kaca w miniaturze na drugi dzień. Opowiedziała mi o narzekającym sąsiedzie, którego pewnego razu pozostawiła na ławce, wcześniej powiedziawszy mu, że ona życie bardzo kocha, a on mieszka na 7 piętrze i zawsze może z niego skoczyć. Tak zakończyła ich znajomość. Lubię ją naprawdę.
    Niebawem lecę do ciepłych krajów, lufthansa strajkuje, ale tylko do piątku, bomby co miały wybuchnąć może wybuchły, a co komu pisane to go nie minie. Jak zwykle bez udziału osób trzecich, wszystkim steruję głównie ja. Chyba mam taki nawyk. Koleżanka opowiadała mi, że jej facet woli swoim wiejskim angielskim załatwiać sprawy za granica mimo, że jego partnerka i inne osób znają język lepiej. Nie dopuszcza ich, chyba wtedy ma poczucie kontroli, silniejsze jest niż poczucie obciachu.

    Nie biegam ostatnio, ani w górach nie byliśmy, ale wykupię karnet na siłownię. W okresie zimowym lepsza bieżnia niż bieganie w smogu. Chociaż może lepiej byłoby być super fit do bikini już teraz. Jestem chuda więc nawet godzina ćwiczeń jest jakby widoczna, trudno. Trenujemy picie, żeby nie ulec zatruciu w ciepłych krajach to skutecznie odstręcza od wysiłku.

    Zaczęłam pisać wiersze na skutek przejść . Właściwie nie wiem, co myśleć więc zaprzestałam, ale była taka doba w moim życiu kiedy wyobraziłam sobie w soczystych barwach, że jestem sama. I potem kiedy rzeczywistość związku powróciła, poczułam rozczarowanie. Bo ta wizja choć bolesna, wskazywała nowe. Wiec tak bolało, dusza mi się otwarła i zaczęła pisać wiersze, pozwoliłam jej chociaż nie jest Szymborską moja dusza, bliższa jest Jackowi Cyganowi, może dlatego nie lubię jego piosenek. Ale pozwoliłam duszy wylać słowa. Zapisałam na kartce i nigdy nie odczytałam jakby śmierdziały. Ale wracając do nowego, to jakby poród, jest ból , krew ale idzie nowe życie. Więc kiedy powróciłam do dawnej świadomości związkowej poczułam rozczarowanie. Bo na nie bycie mam tyle pomysłów. W ogóle mam parę pomysłów. Tak je wolno ale jakoś rozwijam, nie tak szybko jak bym chciała, ale szanuje swoje ograniczenia, jak i umiarkowany talent poetycki, a nawet śpiewaczy, też szanuję, głos, mało ciekawy i nawet nie za mocny.

    Weszłam do sklepu społem a tam łał, jasno, nowe lady przemeblowanie, po remoncie. Zrobiło się ładnie, przestronnie, a panie te same. Wiec się pozachwycałam, rzucałam, ze pewnie się po na sprzątały. Na koniec jedna z nich wzięła mojego pilznera u mówi : jest osiemnaście ? Nie zrozumiałam, po chwili okazało się, że to pytanie o moją dorosłość, że młodo wyglądam bo jestem szczupła. I nie chodzi o to, że młodo wyglądam, choć mam pryszcz na lewym policzku i na brodzie z prawej strony (pono który jajnik produkuje jajko z tej strony pryszcz na brodzie). Po prostu ludzie lubią jak jest miło, kiedy zauważamy innych w pozytywny sposób i oni nas dobrze widzą, podziękowałam pani serdecznie, nie za słowa, ale za staranie i pogratulowałam sobie w duchu, że tak się zachowałam. Tak niewiele trzeba.

     

    lato trwa

    Brak komentarzy

    Nawłocie zakwitły nie w porę,  wszystko się poprzestawiało.  Zwieszają wieczorami omdlałe żółte głowy wśród sczerniałych malin, większość roślin poza drzewami wygląda smutno.  Było jasne, że  spali się wiele w tym piecu, że nie obejdzie się bez ofiar.  Ja jednak czuję się dobrze mimo pogorzeliska, chłonę palące słońce, cieszę się, że skóra lekko piecze, kiedy przechodzę przez miasto ubrana możliwie najskąpiej, nasłonecznioną stroną.

    Śpię doskonale, zwłaszcza jak kończę jedzenie ok 17.  Tej nocy śniłam, ze jest wigilia a ja leżę w ciepłym łóżku, które stoi wśród śniegu na najruchliwszym miejskim przystanku autobusowym. Uważam, że mam prawo zajmować tę przestrzeń i stawiać swoje łóżko gdzie chcę.

     

    Patti Smith wystąpi na Offie, tak niedaleko mojego domu. Lubię ją, koncert z Glastonbury bardzo mi się podobał, liczyłam, że pójdziemy, ale M. nie chce. Stanęłam w obliczu takiej odmowy wiele razy. Rożnie reagowałam, raz po prostu uciekłam z A. do Gdyni. Zawsze wychodziło na to, że robiąc coś dla siebie w ten sposób, działam przeciwko Nam.  Obecnie patrze i widzę, ze te wszystkie rzeczy nieprzeżyte razem to są niezalepialne dziury.  Wiem, że wyjazdu takiego jak  Podlasie z el. z M. nie zrealizuję. On się nie nadaje do cygańskiego życia i braku konkretnego planu, ale to co mogę zrobić razem, chcę robić razem. Z najbliższym mi człowiekiem, którego co najmniej raz w tygodniu chcę udusić.

     

    We wtorek kolarze pięć razy przejechali przez miasto. Ludzie stali wzdłuż cichych ulic.  Wyszłam i poczułam takie podniecenie, ze jadą szybko, że się ścigają. Z przyjemnością pokrzyczałam, poklaskałam. Ale reszta słabo. I teraz nie wiem, czy ludzie tego nie czują? Czy czują i powstrzymują swoją spontaniczną reakcję?

    Lubię tego typu wydarzenia bo zmieniają miejsca które znam, to rodzaj przemeblowania, zmiany sytuacji. Koncert na ulicy, którą idę co rano do pracy przestawia mi w głowie.

    I stało się w zeszły czwartek usłyszałam głos Dohertego o raz za dużo. Czułam, że nadciąga ten moment. Kiedy to co tak mi się podoba staje się nie do zniesienia.

     

    Mam straszną ochotę na piwo.

     


    • RSS