tykwa blog staruszki z lasu

    z przodu muzeum z tyłu muzeum

    Jakoś tak mi lepiej, dziąsło boli mniej, łatwiej mi się mówi. Wróciłam do dużych dawek witaminy c i to się dosyć sprawdza, ale nie daje natychmiastowego uleczenia.  Wczoraj wieczorem złapała nas na klatce schodowej sąsiadka, nigdy nie rozmawialiśmy, więc tak niepewnie, zaskoczeni usiłowaliśmy wyłuskać sens z jej słów.  Zapytała czy pijemy tę wodę, która jest skażona dieffenbachią, z daszku.  Że wiadomo, że to toksyna i trzeba pić czystek. Potem chciała nam podarować torbę z prezentami,  w której znajdowały się doniczki z kaktusami i inne rzeczy nie wiadome, i np. koperek, którego dwa pędy mi wręczyła. Kiedy M. podziękował za wszystko grzecznie i życzył jej miłego dnia, weszliśmy do domu w którym stałam chwilę oniemiała z koperkiem w dłoni. Rano na klatce schodowej walały się torby z różnościami, listopad nie jest dobry dla psychiki ludzkiej.  I nie jest to pierwsza osoba oszalała w moim domu, może to jakaś żyła wodna. Przed laty sąsiadka mojej babci miała wielki reflektor na balkonie, oraz dużo krzyczała.

    Przez to chorowanie znowu jest mnie mniej i faktycznie wyglądam jak chomik, chociaż nie z powodu opuchniętego policzka, tylko widzę się, jak mrugam oczami w takim małym swoim pyszczku. To dziwne bo kiedyś miałam oczy krowie bardziej, a teraz się zgryzoniłam. Choć i tak jestem ostatecznie kurą. Może jak się przyjrzę dobrze okażą się one drobiowe. Ale może lepiej nie.

     

    Dokonałam przeglądu papierów, jakieś odbitki artykułów zdobywanych do dysertacji, sporo  norm, i już myślałam, ze normy są dostępne w Internecie, i są ale odpłatnie, może jest, wiec to żyła złota. Znalazłam sporo widokówek i listów od H. wszystkie podarłam, były tez ze 3 od K. zostawiłam, jedna od mamy tez wywaliłam, i tu niestety jest duże podobieństwo miedzy mną a rodzicielką, na pocztówkach stać nas tylko na „serdeczne pozdrowienia  z … przysyła”.  Że matka moja tak ma to wiadomo, nigdy nie była wylewna, ale ja istota niegdyś gadatliwa, pisząca bez przerwy, od najmłodszych lat, to mnie dziwi, czy to fatum, czy ta żyła wodna i się zmieniam psychicznie.

     

    Picie werbeny wpływa na moje sny, ale nie dlatego, ze są wybitnie kolorowe, nie, są popieprzone listopadowe i z żyły wodnej, ostatnio okazało się, że jestem z dyrektorką, w jakimś wielkim pensjonacie a ona nie chce spać ze mną na rozkładanej wersalce i latam po piętrach szukając tapczanów, długo i bez sukcesów.

    Dziura mnie boli po zębie, a także również spuchło mi lico, lecz tylko do połowy, po lewej stronie mam gładki policzek jak dziecię. Sytuacja zmienia się,  a to cześć opuchlizny schodzi, a to powraca, nie zmienia się sprawa, ze to boli i nawet spożyłam cały swój roczny limit ibupromu, chyba zjadłam ze sześć.  Ogólnie pasmo nieszczęść  rozpoczłam kiedy M. zaraził mnie udatnie katarem, na który mam zwyczaj umierać, zawsze jedna noc to cierpienie, gdyż nie umiem oddychać ustami, tzn. oddycham , ale i tak się duszę. Potem jak już nastrój mi się poprawił i dwa dni przeleżałam w osłabieniu, coś mi się zrobiło na dolnej powiece lewego oka.  Gradówka czy inna zaraza, przeczytałam, żeby wygrzewać, i tak wygrzałam, że oparzyłam sobie powiekę, wiec jest duża różowa i łuszczy się na niej skóra, a potem przechodzi to w ładnie zaobloną żuchwę, przy czym oko ma lat 60 żuchwa 20, więc średnia wychodzi w miarę ok. Oprócz bólu oczywiście mam trochę gorączki, a czasem w nocy się obudzę, bez przyjemności. Inne elementy rzeczywistości tez są przeciwko mnie. Chciałam zrobić zakupy internetowe, to okazało się, że nie dostaję haseł smsowych, zanim się domyśliłam, ze to nie jakiś problem ustawień trochę mi czasu hen przeleciało. Mam wrażenie, ze tak się krzątam w kółko, tak drobię jak ta kura a nic konkretnego nie robię, te wszystkie prania, gotowania to jest jakaś tylko strata, a może niebawem umrę na dziurę po zębie i co z tego że wyschnie i czyste, jak mnie już przy nim nie będzie. Chociaż mam takie uczucie, z ta dziurą, że przez nią wychodzi ze mnie coś paskudnego i jak całkiem wyjdzie to już będzie tylko lepiej, ale to w chwilach kiedy mniej czuję ból tak mi się wydaje. Mimo wszystko jestem dzielna pracuję, rano ćwiczę rytuały tybetańskie i ciągle mam trochę kaloryfer, mimo, że musiałam zrobić przerwę w ćwiczeniach siłowych. Koleżanka przeczytała, że przy gradówce na powiece, nie można się malować, a to ci dopiero, nie pomaluję się w najbliższym czasie. Mam na tym polu osiągnięcia czyli, kupiłam pisak do powiek i puder.  Nie mogę powiedzieć, że nadużyłam tych produktów, ale ze trzy razy byłam inna.

    No to pochowałam buty, wyprasowałam obrus, pocierpiałam i już jest pora późna ko ko ko.

    Skiathos

    1 komentarz

    WP_20160907_13_56_14_Pro.jak-zmniejszyc-fotke_pl

    Tu chciałabym być

    powtarzalne

    Brak komentarzy

    Mam wrażenie jakby mnie dzisiaj jakiś kop wyrzucił w kosmos.  A tkwiłam sobie w takim grząskim stawie jako smętna ropucha. Wcale nie zamierzałam dzisiaj wypoczywać, bo i biegi i zakupy i obiad. Ale jakoś się mnóstwo rozmów i myśli konkretnych zebrało.

    Poćwiczę na gitarze i zobaczę. W sobotę zrobiłam sobie listę wszystkich denerwujących mnie spraw. Lista była długa. Ale jak sobie tak czasem skonkretyzuję, to już wiem, a jak wiem co mnie uwiera, to przecież mogę coś z tym zrobić, ewentualnie jak nie zrobić, to zacząć myśleć o tym inaczej. Najważniejsze jednak, wiedzieć.

    splątana mysz

    Brak komentarzy

    Czasem, kiedy tak jak teraz, nie rozumiem, nie pamiętam, kiedy hormony, pogoda sprzęgną się ze sobą w taki sposób, myślę, że wyszłabym z tej swojej norki, zamachała ogonkiem, zapiszczała do świata halo! Jestem! Czemu nie oszaleliście na mój widok?! Tak jak wtedy kiedy mając lat naście zakładasz 3 koszule, bo to rzuci się w oczy, ale nie wiesz skąd ta potrzeba. Pewnie to ego się budzi, chce poklasku, chociaż w głębi duszy nadal chcę sobie w swojej niszy żyć tak jak chcę.

    We śnie kupiliśmy z M. wielkiego busa, na oko było to auto amerykańskie z lat 50. Same wynikły problemy, raz, ze zostawiłam w nim mnóstwo owoców które się zepsuły. Potem miałam kogoś przewieźć, ale owoce chciałam usunąć, szukałam kosza. Matka więc wsiadła za kierownicę busa zniecierpliwiona  i doprowadziła do wypadku. Obudziłam się jeszcze zła.

    wycieńczona

    1 komentarz

    Poszłam zaprotestować, koleżanki,  jak się okazało też, a myślałam, ze będę sama. Gardło mnie boli bo krzyczałam sporo, czując się jak bohaterka filmu „Kabaret” o 17 dałam za wygraną bo byłam na rynku ok 15.30. Są sytuacje kiedy chcę się jednoczyć, z drugiej strony przeraża mnie potęga tłumu, to gorąco, podłączenie człowieka do człowieka, aż traci się swojość.

    Coś się ze mną dzieje, przypaliłam kaszę potem ryż. Zapomniałam bananów do pracy. Nie poczułam braku kilograma owoców w torbie! Kupiłam w biedronie, jakieś nie dojrzałe, koleżanka pożyczyła mi kurtkę,  bo na wiatr i deszcz mój czarny wełniany habit to było za mało. Zrobiłam parę zdjęć ale selfie na którym zależało koleżankom, okazało się, że nie pstryknęłam. Przyszłam do domu najadłam się i zaczęłam śledzi losy czarnego protestu. Ale zaraz przestanę, zrobiłam co uważałam za słuszne, jak będzie trzeba znowu to zrobię, ale nadmiar zaangażowania mi nie służy.

    dziury w aurze

    Brak komentarzy

    W sobotnie popołudnie sprawy przybrały obrót, którego w swym rozanieleniu się nie spodziewałam. Nadal jestem za słaba na atrakcje jakie serwuje mi los, w sensie nie umiem przyjąć ze spokojem, spraw być może niekoniecznie, pozornie, błahych. Po pierwsze kolejny raz  M., wymusił na mnie bym pojechała drogą sobie nie znaną, „tam, gdzie wiesz jeździmy na rowerach, to będzie bliżej”. Jak zwykle więc, ten sam pociąg zatrzymał nas przed szlabanem, a skrętu w prawo jak nie było tak nie ma, i w pewnym momencie czułam, że M. ma pretensje, że nie znalazłam tego czego nie ma. Z której to przyczyny spędziłam w aucie dodatkowe 20 minut. Wcześniej zadzwoniłam do Mamy, żeby powiedzieć kiedy będziemy i ona wydawała się też czegoś nie zadowolona. Pizza jak pizza, głodna byłam, im bardzo smakowała. Mama opowiadała o tym, kto i z czym do niej dzwonił, oraz, że źle się czuje, podziękowała za kartkę ze Skiathos, kiedy M. zapytał, czy doszła. I nadal nie zadała ani jednego pytania na temat naszego wyjazdu. Kiedy odebrała nas na lotnisku, jedyne co powiedziała, to, że spotkała pięknie opalonego pana, dodając, że nie to co my. Kiedy już temat koleżanek mamy się wyczerpał, rzuciłam, że wybieram się do kosmetyczki, bo może raz na parę lat warto, się odświeżyć, zapytałam o cenę zabiegów, „ależ idź myszko idź, bo chciałam ci powiedzieć, że już masz zmarszczki mimiczne na twarzy. Och, dziękuje mamo, dobrze, ze zwróciłaś uwagę, na ten obrzydliwy szczegół. Mogłabym sama nie zauważyć, tego elementu na swojej twarzy, nie mam lustra i jak to tak mieć zmarszczki przed 50. Wstyd.

    Zawraca mnie to do lat dziecięcych, kiedy rodzicielka, jedyny raz wzięła udział, w jakimś popisie w szkole muzycznej, (zawsze byłam w takich sytuacjach sama) po którym jedyne co powiedziała, to, że dziewczynka z która grałam, pięknie siada, nie to co ja jak kloc.

     

    Tak więc nastrój mi się pogorszył i gdzieś to jej zachowanie, jest dla mnie przykre. Nie cierpię  jej niewypowiedzianych żalów, całe dzieciństwo usiłowałam dociec, rozwiązać, nie przeszkadzać, nie być tym okropnym ciężarem jakim jest nieudane dziecko. Tak te relacje nasze nie będą wyglądać.

     

    Niedziela mimo wszystko była nie najgorsza, ostatni raz w lesie w krótkich majtkach, pyszny obiad, siłownia, Miałam bardzo udany tydzień, biegałam jeździłam na rowerze. Sport jest dobry, naprawdę.

    Cudne słońce.  Wczoraj poszłam pobiegać do parku, trochę się zażółciło, dzisiaj planuję przejażdżkę rowerową.  Przez otwarte okna wpadają muchy bombowce, na obiad jedziemy do mamy, będzie pizza. Nie jestem wielbicielką, ale mama i M. owszem.

    Sama nie wiem właściwie co jeszcze zrobić, żeby nie mieć uczucia, że olewam sprawy porządkowo-domowe, słońce nieco wskazuje…

     

    Czuję się tak dobrze,  że nie mogę w to uwierzyć, chyba najbardziej zdumiewający jest ten spokój. Chociaż ostatnio jechałam rejestrować auto, i odczuwałam druzgocący niepokój, absolutnie nieadekwatny, że coś jest tam w środku bardzo źle i zostanie wykryte.  Można by się zastanowić, nad realnymi przyczynami takich uczuć.

    Czytam zwyczajne życie Chmielewskiej, moje ukochaną w nastolectwie powieść. Ze zdumienie stwierdzam, że jest świetna, pękam ze śmiechu, ale doceniam też talent autorki do prezentowania emocji.

    Poza tym czytam Wereszczagina .

     

    A w poniedziałek wezmę udział w czarnym proteście.

    Przywykłam, że nie ma w kraju na ogół przyjemnego ciepła na stałe, tylko pojawiają się fale, które natychmiast trzeba wykorzystać. Niepokoi mnie zima, z jednej strony tak zawsze lubiłam, nie dojeżdżam do pracy autem, ani komunikacją, ale przeszkadza mi smog, który pojawia się natychmiast wraz z ujemnymi temperaturami. Staram się nastroić pozytywnie, przypomnieć niesamowite zimowe zachody słońca i fakt, że mam sporą kolekcje okryć wierzchnich. No i siłownia pozostaje zawsze , jak na dworze nie dość miło by biegać, czy się przechadzać.

    Myślałyśmy z koleżanką nad podjęciem pewnej działalności, celem dorobienia do pensji, i wszystko nawet ok. lubię robić takie rzeczy, ale wyrywa się z mnie pytanie, kiedy? Kiedy mam robić cos dodatkowo, skoro wczoraj pierwszy raz od miesiąca usiadłam do gitary. Czy, żeby to robić mam zrezygnować z siłowni, biegania, wyjazdów w góry oraz nic nie robienia, którego potrzebuje żeby odpocząć? Czyli pojawia się odwieczne pytanie być czy mieć.

     

    Mieć np. dom na wyspie Skiathos, bo podobała mi się jedna miejscówka. Czy sprzyjający ciepły klimat, może się znudzić?

     

    Jestem jednym wielkim nie wiem.

     

    A poza tym jestem poetką.

    codzienność

    Brak komentarzy

    Poniedziałek nastał nieodwołalnie. Zimno, nie ma słońca, a na melancholię nie mam nastroju;). Wykorzystaliśmy do cna każdy dzień dwutygodniowego urlopu i jak na nas, byliśmy wyjątkowo mało kłócący się. Może dlatego, że ani podróż ani pobyt na Skiathos nie generował napięć, do hotelu z lotniska doszliśmy na piechotę, pokoik okazał się mały, ale wyjątkowo funkcjonalny, a sama wyspa w sposób nie nadęty śliczna, pełna słońca i zieleni. Spędzaliśmy czas na łajzach, zachwycaliśmy się plażą, ja się zdecydowanie więcej uziemiałam, zrobiliśmy sobie trekking przez oliwne gaje, na szlaku nie spotkawszy nikogo, popłynęliśmy na rejs, nieco przydługi, ale odkrył przed nami inne urocze zakątki. Z upodobaniem przyglądaliśmy się startującym i lądującym samolotom, które wyglądały jakby miały utopić się w wodach portu.  Wszystko to popite jedynym tanim produktem dostępnym w sklepach na wyspie, czyli czerwonym winem. Po tym wszystkim moim marzeniem jest dom,  mały biały domek a nawet na południu, w stronę słońca. W Polsce jeszcze ciepły tydzień, więc mogliśmy pojechać w góry i do lasu, zrobić porządki wdychając zasmucający zapach jesieni. I nastał ten właśnie poniedziałek, o 4 rano obudził mnie komar jak zły omen.

    ciagle lato

    Brak komentarzy

    Nie planowałam, tak jak wyszło, ale tak wyszło, że po siłowni, gdzie dałam z siebie wszystko, obiedzie w postaci makaronu ryzowego w Wok express. Zrobiłam też listę czynności jakie są niezbędne w domu, żebym miała uczucie, ze nie żyję w brudzie, oraz strzeliłam pranie bo upolowałam parę fajnych ciuchów za 24 pln. Jeszcze rzutem na taśmę przykleiłam taśmę futrzana na krawędzi przesuwnych drzwi do szafy.  (oczywiście, że kropelką i okleiłam opuszki wielu palców przy okazji) i do samochodu.

    Pojechałam do mamy do lasu na wino U mamy cisza, no chyba, że jeż przyjdzie na posiłek, o  21.30 byłam w łóżku „Furia mac” nie skończona od zeszłego tygodnia jeszcze ze 20 minut przypominała mi siebie sprzed lat dziesięciu. I Spać. Rano woda i i rytuały tybetańskie na trawie. Po śniadaniu pojechałyśmy na rowerach na zakupy i było tak cudownie wakacyjnie tu las tam wiocha a dalej miasteczko w pełnym słońcu. Po powrocie utarłam ziemniaki na placki, oraz w pełnym słońcu w bikini porządkowałam taras w pobliży mamy domku, układałam szyszki rzędami, jak, kiedy byłam dzieckiem,  kamyczki nad rzeką cudownie. Tylko głowa mnie rozbolała. Raz do roku mi się zdarza, wieczorem zjedliśmy z M. kolacje z winem już w domu, poszliśmy na zakupy i nieopanowanie zjedliśmy lody, po które stoi się w kolejkach. Słony karmel był dobrym wyborem. Noc ciepła, lubię zapach nagrzanego miasta. Ale niedzielny poranek trudny bo wino, lody i ibuprom, dały cos na kształt kaca. A tu jedziemy do Żabnicy, bo raz do roku dobrze jest wejść na Rysiankę. Po blisko półtorej godzinie za kierownicą w nagrzanej puszce samochodu, wysiadłam w zieleni, spodenki miałam mokre. Idę, nie tak szybko jak zwykle, im bardziej pod górę tym szybciej, nie rozumiem tego ale, jak zwykle, M. narzeka, że musi mnie gonić, sporo ludzi dopiero w pobliżu szczytu. Mamy z M. różne zdanie na temat szczawiu który tam rośnie, mnie się nie podoba, bo lubię trawę. Wszędzie góry, gdzie  nie spojrzeć gdzie nie odkręcić głowy, warto było jechać. Umordowało mnie to, jak już dawno nie. Jeszcze „Bigger splash” którego akcja toczy się na południu, gdzie się niebawem wybieramy, choć jeszcze nie znamy dokładnej destynacji. Tilda jest boska of kors, ale Ralph Finnes, w roli gadatliwego wesołka, to duża rzecz.

    M wymyślił wczoraj, że jakby się nam trafił lot do Hiszpanii, moglibyśmy skoczyć do Granady i pochodzić po Sierra Nevada. Ale lenistwo na Rodos, tez może być.

     

    Przyszła moja tępa koleżanka z urlopu i nie zauważyła pięknego czerwonego rozwijającego się kwiatu na gałęzi chińskiej róży, i upierdoliła go oknem, co nie udało mi się przez 2 tygodnie. Po tym jak poprzednio obcięła mi nowe pędy na choji, bo myślała, ze są suche, chcę ja udusić, chcę patrzeć jak wychodzą jej z orbit oczy, a potem sinieje język. Kiedyż wreszcie ta emerytura.

     

    A w ten tydzień planuję wykonać zadania z listy, bo lubię wchodzić w urlop w czystym domu, takie mam zboczenie.

    W piątek miały być burze, pojechałam do mamy wieczorem, choć przez chwile walczyłam ze sobą, mam takie wygodne łózko własne. Siedziałyśmy pijąc porto, niby nie aż tak dużo, ale na koniec mama dostała czkawki i była mocno rozeźlona. Ona w ogóle łatwo się złości, niecierpliwi denerwuje, czuję się przy niej jak Budda. Faktem jest, że wspomniałam o ponownej zamianie aut celem udania się w jakiś ciepły i słoneczny rejon, np. do Chorwacji, a najwyraźniej 20 letnia Honda nie jest szczytem jej marzeń. W sobotę wybrałyśmy się na spacer, mamie było chłodno w plecy, trasa była za długa no fakt, że nie było nas 2 godziny. Zgubiłam drogę na moją ulubioną łąkę, ale nazbierałam nawłoci – bardzo bujna tego roku, w ogóle to bujne roślinnością jest lato, niewiele wrotyczu, nie wiem czy to jeszcze nie sezon (?), skrzypu i dziurawca. Przed domkiem już owoce czarnego bzu zaczęły się czernic, ale, czy mama zdąży przed ptakami którym bardzo smakują to się okaże.

    Kupiłam słoik jagód ale nie były zbyt pyszne, za to mama zrobiła jajecznicę z grzybami na śniadanie, a do koktajlu dodałam sporą garść mniszka, faktem jest, że był przez to gorzkawy. Wiele osób nie dałoby rady. Ja bez problemu wypijam piołun. Przekroczyłam pewna granice związaną z chili i teraz musiałabym jeść samą paprykę, żeby poczuć haj, chyba czas na odstawienie pikantnego na jakiś czas.

     

    Postanowiłam przytyć, wystarczyło zwiększyć podaż kalorii, jestem silna jak koń, siłownia i większa podaż zrobiły swoje. Czasem nie mogę uwierzyć, że generuję taką energię. Postanowiłam ćwiczyć rytuały tybetańskie, ciekawe co wtedy będzie.

     

    Wczoraj po treningu i śniadaniu pojechaliśmy na zakupy do fasion house. Zaopatrzyłam się w jeansowa kurteczkę, M. dobrze  doradza. Potem zrobiliśmy zakupy, w lidlu a potem znowu pojechaliśmy do fashion house na wskutek pozostawienia tam karty płatniczej, radości było co nie miara, bo lało stosownie, żeby nie było za szybko. No ale obiad z moim ulubionym chilijskim cabernetem, wyczekany, dał nam naprawdę dobry nastrój. Nawet obejrzałam 2 odcinki serialu Życie na gorąco, bo ileż można oglądać 07 zgłoś się. Ale pod koniec 3 już udałam się w objęcia morfeusza. Śniłam sny pełne nowych osób, przechadzek po krawędzi, i wzburzonego oceanu. Szłam za ręke z wysportowanym surferem niemłodym i żylastym, za to silnym i szalonym.

     

    Ostatnio w półśnie zobaczyłam twarz z gadzim okiem na czole które wyglądało jakby otwierało się po śnie. Jestem coraz inną sobą. Czytam książkę, która tak podobała się mamie pod wiele mówiącym tytułem „furia mać” ja to wszystko wiem rozumiem, to jest szczere to jest ok, jestem jednak teraz w innym punkcie, mam to za sobą. Nie trzęsie mną ten wkurw, nawet jak się wściekam na M. to i tak wiem, ze będzie dobrze, tak jak chcę. Nie rozkręcam żadnych negatywnych emocji, nie rozdrapuję ran, nie roztrząsam, jest co jest. Jestem kim jestem, a te wszystkie niesłychane sprawy i tak pochłonie niebyt wraz z moją śmiercią, do której dojść może w każdej chwili. Przecież jazda w ulewie kiedy dwa pasy równo jada powyżej 90 km/h, to ocieranie się o nią.

     

    Nie żebym się nie bała, nocleg w Rumunii na parkingu pod przydrożną knajpą wywoływał niepokój bo to nieznany kraj, w knajpie tylko mężczyźni, ale spałam. Mamy taką ambicję, żeby opisać nasza podróż Instagramem ale dopiero 2 zdjęcia umieszczone, widać ambicja nie wystarcza.

    To tak.

     

    Mam karnet na siłownie. Marze o tym, żeby się umieć podciągnąć na drążku tak jak nie potrafię.

    Ważę 50 kilo i nie wiem kiedy to się stało, że jest 2 kilo mniej, może jestem ciężko chora np. albo za dużo pracowałam i za mało jadłam. Na dwoje babka. Spotkałam ciotkę, ciotka a jaka ty chuda, a czy ja jej mówiłam, a ty jaka gruba?

    Nadeszło to lato, tylko dużo pada i nie wiem jak się do tego ustosunkować, za to mam karnet na siłownię w razie czego.

     

    Mama już jest w lesie z kotami, zrobiłam jej śliczna sypialnię, buduar w domku przy pomocy błękitnych zasłon i  tapicerskich pinesek, oraz inne przemeblowania też nastąpiły. Była robota.

     

    Moja szefowa, była,  wzięła i poszła na emeryturę, po spędzeniu w jej towarzystwie kilku godzin czułam pragnienie wspierania i ogólną mordęgę. Co zapewne jest niczym w porównaniu z tym co czuje ona sama ze sobą. Dwa typy neurotyczne w cudnym dopełnieniu.

     

    Usunęłam pół szóstki, drugie pół jest zalepione i da się używać do gryzienia. Dentysta powiedział mi dziś, że jestem osobą  młodą. Nie myślę tak o sobie, lecz jak się jest po 70 to mój wiek jest młodym najwyraźniej. Na chwilę mi zaburzył myślenie bo jestem stara i mi z tym dobrze, chyba, że mi dobrze gdyż jestem młoda.

     

    E. podpuściła mnie do kupienia w zagrosiku sukienki bombki na ramiączkach, takiej dziewczynkowatej, ale w sumie fajna. A tu deszcz, zamiast upału który by jej założenie uzasadniał.

     

    W ogóle mam 6 sukienek letnich i potrzebuje lata w tej sprawie, bez deszczu.

     

    I to tyle.

     

     

     

     

    Jestem słaba i przytłoczona. W tym wszystkim przesadziłam kwiatki, bo jakoś nie wiem, bez przyjemności, ale do przodu. Czytam wywiad ze Stasiukiem i godzę się z tym, że razem mi z nim po drodze, raz nie, ale wszystkie te razy są tak ładnie ubrane przez niego w słowa.  Nie wypoczęłam w wolne dni, nie miałam czasu na bycie tylko z sobą i kontemplację. Jestem absolutnie introwertyczna, co jest dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo kawał życia dobrze się odnajdowałam w „tłumie”. Teraz już wiem, że muszę dawkować różne rzeczy i tam gdzie jedni ludzie czują się wspaniale, ja szybko ulegam przestymulowaniu. Nie mniej wyszłam w sobotę z domu wieczorem i byłam na piwie, może nawet ze 3 godziny.

     

    Mierzi mnie powtarzalność czynności zawodowych, mierzi praca dodatkowa co już już prawie wykonana. Jedynie wizja, że będzie lato wywołuje radość, domek matki w lesie.

    Moje wakacje są zakończone. Mam jeszcze trochę planów, ale nie są spektakularne, z drugiej strony nie wiadomo co może wyniknąć z krótkiej wyprawy z El w nieznane.  Zasmucił mnie fakt, że lato ma tylko 12 weekendów,  nastawiam się na spędzanie piątków z mamą w lesie, celem porannej kawy na łonie w sobotę, i kiedy już to sobie wymyśliłam, że tak będę robić, okazało się że latem mogę tylko 12 razy.

    Kreta z M. i mamą, była wydarzeniem bezprecedensowym, starałam się nie mieć oczekiwań i udało się.  To wspaniałe miejsce, ale podróżowanie samodzielne wiąże się ze stresem, który pogłębiła obecność matki, ale nie tylko.  Pojawienie się trzeciej osoby, miedzy dwoma bulterierami, stres , powoduje kłótnie małżeńskie na dużą skalę, miało działanie łagodzące.  Wspólne posiłki  były weselsze i milsze niż we dwójkę. Gdzieś w połowie poczułam, że jestem jedyną w pełni dorosłą osobą w grupie, niczym mnie to nie napawało, jedynie stwierdziłam fakt. Już od jakiegoś czasu wiem, że poradzę sobie zawsze i wszędzie, jak nie zmianą to dostosowaniem i nie ma dla mnie sytuacji w której nie znajdę przestrzeni dla własnego komfortu. Kiedy miałam 9 lat spędziłam pół roku w santorium dla dzieci chorych na gruźlicę. Wielkie sale z metalowymi łóżkami, metalowe szafki, jak w szpitalach. A jednak ładnie ułożony koc w kratę, zapełnienie szufladki wg własnego systemu, dawało mi poczucie, że jestem oto bezpieczna w swoim malutkim światku. I choć wcześniej mdlałam przy pobieraniu krwi, to potrafiłam się na to uodpornić, choć nie było mamy.

     

    Nie jestem świetnym kierowcą a jednak bez problemu wdrożyłam się w prowadzenie auta w innym kraju, trafiałam do hotelu mimo krzyków i problemów z nawigacją, choć prawdziwie przeżywam piękno przyrody dopiero teraz w sobie, oglądając zdjęcia, odtwarzając zapachy w wewnętrznym filmie.

     

    Jestem szczęśliwym człowiekiem.

    Dreptałam dzisiaj za grupką licealistów. Podobali mi się, ten dopieszczony luz, rozmawiali o piciu alkoholu, wyśmiewając trzeźwość, zadając pytania retoryczne, czy nie można się dobrze bawić przy koli i mentosie np.  Też taka byłam. Jednak mój plecak, który dźwigałam podsłuchując rozmowę, wypełniało dziś  5 kg bananów , bakłażan i kilo eko marchwi. Ciekawe czy i kiedyś oni się zmienią, ja szybka nie byłam, ale zakładam, że inni ludzie dojrzewają w lepszym tempie zostawiając rokendrol gościom jak Lemmy, który niestety  się zawinął.

     

    I w powietrzu niedawno była taka nuta, że aż chciałam znaleźć się z Al. w gastromatiku, pijąc piwo na kaca, do wieczora i rozmawiając poza słowami, co chyba z nikim w innym mi się nie zdarzyło i wcale nie wymagało alkoholu, czasem, ale z nim jakoś było intensywniejsze.  Jakby połączenie od podświadomości do podświadomości z pominięciem świadomości. Tak chyba spotykają się ludzkie dusze. Jestem szczęściarą, tyle mnie spotkało i to ciągle we mnie jest.

     

    Abstrahując od bogactwa duchowego, przez ostatnie dni nieustannie nie byłam wyblakło blondynko au naturel. Wyczerpałam chyba całoroczny limit, tylko dlatego, że napisałam o tym.  Da się mimo, że ten tusz tak trudno się zmywa. Myślę, że daleko mi do uczucia, ze bez tuszu na rzęsach jestem naga. Ale duma tez jest.

     

    Z pełnym plecakiem byłam tez dzisiaj w sklepie z używanym i zakupiłam bluzkę z napisem every thing will be amazing. Nie mogłam się powstrzymać.

     

    Nie wiem co mnie niesie, jakoś chyba jestem w okresie przeobrażenia, w sumie to jak zwykle…

    Za mną cudowny tydzień, głównie w domu. Taki urlop. Góry nie zachęcały, bo jak padał to raczej deszcz. Spałam po 10 godzin, byliśmy parę razy na leśnych włóczęgach, za każdym razem wydawało się, że jest inna pora roku. Pierwsza to późna wiosna, z gorącym słońcem, następnie późna jesień i deszcz,  ostatni przemarsz był jakby nieco zimowy. Las ma to do siebie, że w każdym przebraniu jest piękny i spędzenie w nim paru godzin,  totalnie odprężające. M.  trochę się nudził, marudził, żałował, bo taki urlop bez konkretnych zadań to nie to. Dla mnie – strzał w dziesiątkę!  Nie potrzebuję nieustannych wyzwań. Mierzę się wystarczająco ze sobą, uczę się nowych rzeczy, upadam na duchu, bo czy to ma sens. Próbuję iść między ludzi, ale najlepiej mi się samej ze sobą, albo z M. Czuję się jak dziwadło, że coś ze mną nie tak, nie jest zdrowym objawem wycofywanie się z kontaktów, potem z kimś rozmawiam, jest wspaniale, porozumienie nowe wątki, trwaj chwilo! Po czym z łatwością wracam do środka siebie i nie wychylam głowy. Albo nie mam czasu, bo mam rozmaite plany na spędzenie popołudnia. Rzadko myślę słowem pisanym, czasem jak nie mogę zasnąć piszę notki w głowie, które nigdy nie przelewają się na udawany papier w wordzie. Kiedyś, kiedy byłam tak powichrowana i czekałam na cud, miałam ciągłe pragnienie opisywania, chciałam, żeby mnie głaskano, w tych latach nie byłam w stanie „nie zgodzić się” z kimś, a każda krytyka była dla mnie końcem świata. Wydawałoby się, że teraz to właśnie mogę nieustannie, świeża jak poranek wchodzić w relacje, których wtedy tak potrzebowałam, maili, smsów, telefonów, spotkań, żeby wiedzieć, że jestem ważna dla innych, więc kiedy stałam się dla siebie ważna, to zaczęłam sobie wystarczać niepokojąco.  Co więcej nie potrafię odtworzyć siebie która tego chciała. Wspominałam ostatnio pewien płaszczyk, kupiłyśmy sobie z K. takie cudo czarne z bawełny do kostek, musiałyśmy pojechać po ten ciuch do Krakowa. Ale jaka ja byłam w tym boska, jak pięknie wyglądałam, jak luksusowo i  wytwornie z nutką artystowską,  tak jakby nagle wszystkie moje upodobania estetyczne zbiegły się w tym płaszczyku ,nie potrafię złapać tej emocji, mogę ją opisać, ale nie poczuć.  Pamiętam tez, że skończył płaszczyk jako smętna szmata. No więc potrafię to odtworzyć, lecz z dystansu, beznamiętnie jakbym nie ja w nim była. Jakby to jakaś ona.

    Ale namawiam się. Nie wkładaj ciągle tych samych dżinsów, pomaluj rzęsy, wyjdź do innych, nawet jak ci się nie chce.  PICT6225

    się zacina

    Brak komentarzy

    Zdecydowałam, że to nie będzie tak, że jak nie biegam to  poza marszem nic nie robię.  Dzisiaj padło na tabatę.  Nienudne, już mam zakwasy, a to tylko 12 minut ćwiczeń. Po tabacie poćwiczyłam jeszcze brzuch bo uznałam, ze tu jestem najsłabsza. Na razie wydaje mi się, że już nigdy nie podejmę tego wysiłku. Na razie.

    W styczniu nie jest mi łatwo żyć. Częściej jestem smutna, dopadają mnie stany rezygnacji, poczucia beznadziei i inne takie. Nie ma sensu na siłę tego odrzucać. Jest jednak obawa, że jak się za mocno temu poddam to zrobi się już depresyjnie. Niby depresja też dla ludzi, ale tak długo się człowiek z niej wygrzebuje, nie mam na to siły.

     

    Zauważyłam, że żyję w interwałach. Jestem w jakiejś sytuacji, np. robię zakupy, ale kiedy potem biegam, gotuję, albo czytam to mam wrażenie, że to jakaś inna ja robiła zakupy. Trochę tak jakby jakiś konkretny stan emocjonalny, był jak upicie się. Nie wiem czy tak było zawsze i tego nie rejestrowałam, czy tak jest teraz. Nie ma ciągłości.

     

    Zrobiłam kotlety z mrożonego groszku. Lubię jedzenie w ładnych kolorach.

    pętla

    1 komentarz

    Byliśmy na gwiezdnych wojnach. Trochę się obawiałam bo bolą mnie oczy, ale okazało się, że kino i odprężenie jakie daje, oczom bardzo służy.  Film był tak przyjemny, że strawiłam jakoś dwie panie, które natychmiast kiedy pojawiał się na ekranie mini r2d2 zaczynały gaworzyć, miały tez szalone poczucie humoru, już od pierwszego „o kurwa” które wydobył z siebie,  znany aktor, podczas reklamy filmu, się zarykiwały.  Nie uśmiałam się, ale zawsze na mnie to działa i chyba już się nie zmienię, że cieszy mnie, że aby mieć moc, wystarczy mieć czyste serce.

    Otrzymałam dzisiaj propozycję, aby pracować w dziale z którego zostałam usunięta,  lat temu ze 6. I aż z przyjemnością myślę sobie, że był to punkt zwrotny. Pamiętam, że przyjęłam to z ulgą, bo jakkolwiek, jako osoba permanentnie skacowana bywałam kłopotliwa, to zasadniczo wywiązywałam się z obowiązków bez mrugnięcia okiem, natomiast stałam się chłopcem do bicia, czyli złe to ja. No więc wydalono mnie, co było oczywiste, przecież byłam nikim. Zmieniłam dział na otwarty, więc już nie siedziałam cały dzień przy biurku, otaczały mnie inne osoby, zdecydowanie milsze, miałam jeszcze dwie obsuwy, ale nagle okazało się, że mogę tym zaszkodzić innym, a zależało mi na dobrych relacjach. Pojechałam nawet do szpitala odwykowego, dostałam parę numerów telefonów do grup AA, z których nigdy nie skorzystałam. Byłam wtedy pogrążona w smutku i beznadziei z czego nie zdawałam sobie sprawy, nie pijąca wydawałam się sobie jeszcze bardziej beznadziejna i nudna. Ale zaczęłam biegać. To daje poczucie siły, czasem nawet piję alkohol, ale mam tyle spraw w których jego picie przeszkadza w tym, zdrowotnie nie służy, że odpuszczam najczęściej. Jak mam gorszy dzień patrzę na wyniki analizy składu ciała. W 2010 waga 59,1 kg, czysta masa 44,9 w 2015 roku w czerwcu  waga 51,6 czysta masa 45,5. I jestem z siebie dumna.

    sobota

    1 komentarz

    Pewnie są lepsze sposoby na spędzenie styczniowego sobotniego poranka, ale coś mnie jednak wyniosło z domu na przebieżkę po śniegu, nie żebym się czuła fantastycznie, wprost przeciwnie, jakieś lekkie przymulenie. Cieszę się, że jest we mnie ten szczęśliwy pies, który uważa, że warto rano z domu wyjść. Jest w tych warunkach powolna, no i to bieganie na śródstopie, ale zamierzam biegać do końca życia więc lepiej nie przesadzać z obciążeniem kręgosłupa.

     

    Naczytałam się wczoraj na temat sposobów poprawy wzroku, część działań wprowadzę w życie, najbardziej przekonują mnie tezy o rozluźnianiu mięśni. Nie paczę żadnych tekstów w telefonie, już drugi dzień. Jest wprawa w wychodzeniu z uzależnień. Mam wrażenie, że usprawniłam proces zmiany pościeli, a wydawałoby się, że już ten cotygodniowy obowiązek wykonywałam w niezbędnym minimum czasu. Wydawało się, jak wszystko.

     

    Wieszam zaraz drugie pranie i jadę z mamą do lasu. Będzie pięknie bez wątpienia.


    • RSS